
Mniejsze, ale zdrowe
Dlaczego zniknęłam bez słowa i co zostawiła po sobie operacja
8/15/20262 min czytać


Zanim napisałam ten post, patrzyłam w pusty ekran przez godzinę. Stres mnie przytłacza. Zniknięcie w marcu było długie i wiem, że zawiodłam wielu z was. W prywatnych wiadomościach najpierw pytaliście, czy wszystko w porządku, potem zaczęliście się denerwować. Nie dziwię się wam. W tej branży zniknięcie na tak długo to ryzyko. Ten post ma wyjaśnić moje zniknięcie i moją nieobecność. Muszę wyrzucić to, co noszę w sobie. Kilka miesięcy temu przeszłam serię badań. Po nich usłyszałam wiadomość, która mnie wstrząsnęła. W piersiach znalazły się guzy. Na szczęście okazało się, że to tylko łagodne zmiany, gruczolakowłókniaki. Problem był w tym, że guzy rosły bardzo szybko, robiły się duże i bolały coraz mocniej. Czułam strach i ból. Lekarz nie owijał w bawełnę… powiedział, że muszę je usunąć od razu. Musiałam iść na operację i wyciąć guzy. Bałam się klasycznej operacji. Szukałam lekarza, który usunie guzy bez cięć i blizn na piersiach. W końcu trafiłam na chirurga. Chirurg zrobił operację endoskopowo, przez pachę. Brzmi trudnie, ale w praktyce oznaczało, że cięcie i blizna są w pachie. Na dekolcie i piersiach nie ma żadnego śladu po skalpelu. Choć udało się uniknąć blizn, po zabiegu rzeczy były ciężkie. Bo guzy były bardzo duże, wycięcie guzów zostawiło dużą dziurę w środku. Piersi codziennie bardzo się kurczyły. Skóra, która wcześniej była napięta przez guzy, straciła całą dawną jędrność. Zanim mogłam wrócić do sieci, musiałam przetrwać bolesne dni z drenami. Musiałam przetrwać tygodnie w sztywnym biustonoszu uciskowym. Lekarz kazał mi oszczędzać się. Musiałam odciąć się od wszystkiego, bo chciałam skupić się na zdrowiu i na gojeniu. Czułam, że każdy oddech boli, ale zdrowie i gojenie były najważniejsze. Dlatego nie było mnie. Po tym wszystkim, kiedy zmieniałam opatrunki, po raz pierwszy zobaczyłam się w lustrze. To było naprawdę trudne. Musiałam pracować ciężko, żeby przyzwyczaić się do nowego odbicia. Odbicie wydawało się obce. W ostatnich tygodniach robiłam setki zdjęć. Robiłam setki zdjęć, szukając w sobie dawnej pewności. Pewność znikała, a ja szukałam jej w każdym zdjęciu. Płakałam, wylewałam morze łez nad tym, co zostało z mojego dawnego atutu. Atut był kiedyś silny, a teraz był tylko cień. W końcu, powoli, zaczęło dochodzić do mnie to, co w rozpaczy przegapiłam. Skupiłam się na jednym punkcie. Jeden punkt to fakt, że moje atuty nie są tylko piersi. Atuty to też długie nogi i pupa. Ten fakt się nie zmienił. Zrozumiałam, że atrakcyjność nie zniknęła. Zrozumiałam, że kobiecość nie zniknęła. Atrakcyjność i kobiecość nie zniknęły razem z dawnym rozmiarem biustu. Przygotowałam nowy zestaw zdjęć. To pierwszy zestaw od marca. Na zdjęciach moje piersi są mniejsze po przejściach, ale są naturalne i najważniejsze… zdrowe. Umysł podsuwa różne scenariusze. Trochę boję się Waszych reakcji. Nie chcę i nie mogę już uciekać. Naciskam przycisk publikacji. Ręce drżą, ale i tak robię to. Wracam.

